PORTAL NIEZALEŻNEJ PUBLICYSTYKI FIZJOTERAPEUTYCZNEJ
fizjopedia.pl
jesteśmy razem
11
lat!
9 czerwca 2014 Wyższa Koń by się uśmiał! Tomasz Borowski Zamęcza ostatnio naszą redakcyjną skrzynkę pocztową reklama mającego powstać cudactwa o nazwie “centrum delfinoterapii”. Nie, nie chodzi tu o leczenie chorych delfinów, ale o pluskanie się w wodzie wraz z nimi. Świetna rozrywka! Tylko dlaczego ktoś próbuje wciskać wszystkim dookoła kit, że to jakaś “terapia”? Nie, to nie jest żadna terapia, tylko rodzaj rekreacji i rozrywki. To wszystko. Przestańcie robić ludziom wodę z mózgów! Choćby nawet miałaby to być woda z basenu Morza Śródziemnego. W ogóle rozpasała się moda na “leczenie” zwierzętami. Jeszcze dwadzieścia lat temu nikt poważny nie śmiałby pisać o jeżdżeniu na stępującym koniu w kategoriach metody fizjoterapeutycznej. Niestety, brak dyskusji naukowej na ten temat (akademicy chyba cały czas są mentalnie w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego stulecia), sprawił, że tzw. hipoterapia zaczęła coraz bardziej wkradać się do naszej fizjoterapeutycznej świadomości jako świetna metoda pracy z dziećmi z porażeniem mózgowym. Cudowne skafandry lotnicze, które miały ich leczyć, odeszły w słuszne zapomnienie, a hipoterapia - nie. Bo zrobiła się moda na jazdę konną. Powoli też zaczęły powstawać prace magisterskie i licencjackie na temat tzw. “animaloterapii” (pominę milczeniem, że sama nazwa niezgodna z zasadami tworzenia złożeń, zgodnie z którymi oba człony powinny pochodzić z tego samego, źródłowego języka). Pamiętam, jak osiem lat temu, na jednym z forów internetowych z okazji prima aprilis napisałem: “Nawiążę współpracę z fizjoterapeutami, zajmującymi się chiropteroterapią. To nowa dziedzina fizjoterapii, wykorzystująca energię fal ultradźwiękowych, wysyłanych przez nietoperze. Szczególnie interesują mnie badania na temat wpływu ultradźwięków, emitowanych podczas tzw. lotu koszącego tych ssaków na dolegliwości bólowe w przebiegu reumatoz. Wiem, że sporo na ten temat napisano w ubiegłorocznym, grudniowym numerze Journal of Chiropterotherapy, ale może ktoś ma inne materiały. Chętnie się wymienię”. W innym miejscu donosiłem: “Właśnie polska sekcja World Society of Chiropterotherapy rozpoczęła zaawansowane badania nad ekologicznym wykorzystaniem siedlisk rodzimego gacka wielkoucha. W przyszłym roku planuje się otwarcie pierwszej nadźwiękowni niedaleko Iwonicza-Zdroju. Nadźwiękownia funkcjonować będzie w grocie “Jakub Mniejszy”. Mieszka tam kilkaset osobników. Projektem żywo zainteresowane są okoliczne sanatoria. Oczywiście, na chwilę obecną NFZ nie refunduje tych cennych zabiegów”. Myślałem, że wszyscy chwytają żart. Ale kiedy zaczęły przychodzić do mnie maile od studentów z prośbami o udostępnienie materiałów na temat leczenia nietoperzami, bo pisali “prace na temat animaloterapii”, śmiesznie być przestało. Trudno bowiem w prosty, histopatologiczny sposób wyjaśnić fenomen wiary studenta fizjoterapii w leczniczą moc latających nietoperzy. Niestety, sprawa wygląda jeszcze poważniej, bo co rusz znajdujemy coraz to przedziwniejsze zwierzęce “terapie”: dogoterapia (leczenie psami), felinoterapia (leczenie kotami) czy wreszcie przebój - onoterapia, czyli leczenie osłami. Na jednej z polskich stron przeczytałem, że “onoterapia to samodzielna dyscyplina z dziedziny animoterapii. Zwierzęciem, które wykorzystuje się w onoterapii jest osioł. Pomimo naturalnych podobieństw do konia, osioł ma cechy, które szczególnie predestynują go do pracy z dziećmi”. Rozumiem, że im większy osioł, tym bardziej “predestynowany”... Wychodzi na to, ze przy okazji robienia z osła terapeuty, próbuje się baranów robić z pacjentów i to jeszcze powołując się na teologiczny dopust Boży (no, chyba że autorowi pomyliła się “predestynacja” z “predyspozycją”). Ale żeby nie było, że jestem niepoprawnym sceptykiem i zacofańcem! Otóż widzę sens animaloterapii! Konkretnie jednej z metod. Jeszcze jej oficjalnie nie ma, bo dopiero co ją wymyśliłem, ale postuluję, by taką zorganizować. Nazwijmy ją “bowinioterapia”, czyli leczenie bykami. Terapia w formie zajęć grupowych, podobna byłaby do corocznego uganiania się gawiedzi w hiszpańskiej Pampelunie. Wyobraźmy sobie, że do kilkusetosobowej grupy pacjentów ortopedycznych z problemami z chodem wpuszczamy stado rozpędzonych byków i ganiamy całe towarzystwo przez pół miasta. Efekt murowany! Po jednej sesji takiej terapii stuprocentowa poprawa wszystkich parametrów chodu. Myślę, że NFZ powinien zainteresować się tą formą szybkiej, skutecznej i taniej rehabilitacji! No i słowo “zabieg” zyskałoby ciekawą, jakże pobudzającą wyobraźnię, konotację. Tomasz Borowski PS: Myślę, że mój zmyślony tytuł periodyku naukowego o chiropteroterapii może być wkrótce proroczy. Patrząc bowiem na bujny rozwój zwierzętolecznictwa, trudno oprzeć się wrażeniu, że każdy, kto chce mieć swoje “pięć minut” bierze swojego zwierzaka i tanim kosztem wymyśla na poczekaniu własną metodę, choćby była najbardziej niedorzeczna. Wkrótce więc ktoś wymyśli leczenie kozami, krowami, kurami, kaczkami i nieuchronnie skończą się w ten sposób zwierzaki domowe. Trzeba będzie szukać dalej: terapie świnkami morskimi, chomikami, szynszylami, papużkami falistymi, etc., etc. Że niby głupie? Ani krztynę głupsze od delfinoterapii czy felinoterapii...

© Fizjopedia.pl - Portal niezależnej publicystyki fizjoterapeutycznej, 2008-2019

Wszelkie prawa zastrzeżone. Materiały umieszczone na tej stronie są prawnie chronioną własnością intelektualną.

Kopiowanie, wydruk lub inne rozpowszechnianie bez podania źródła, będzie traktowane jako działanie na szkodę portalu i ścigane wszelkimi,

przewidzianymi prawem, środkami.

ryc. 1. Typowa sesja bowinioterapeutyczna ryc. 3-4. Tzw. “praca na macie” ryc. 2. PIR mięśnia czworogłowego uda
O PORTALU

© Fizjopedia.pl - Portal niezależnej publicystyki

fizjoterapeutycznej, 2008-2019

Wszelkie prawa zastrzeżone. Materiały umieszczone

na stronach portalu są własnością intelektualną

portalu Fizjopedia.pl.

Kopiowanie i wydruk bez podania źródła traktowane

będą jako działania na szkodę portalu Fizjopedia.pl

i ścigane wszelkimi, przewidzianymi prawem,

środkami. Portal nie bierze odpowiedzialności

za treść zamieszczonych reklam.

Tomasz Borowski

Redaktor naczelny

PORTAL NIEZALEŻNEJ PUBLICYSTYKI FIZJOTERAPEUTYCZNEJ
fizjopedia.pl
9 czerwca 2014 Koń by się uśmiał! Tomasz Borowski Zamęcza ostatnio naszą redakcyjną skrzynkę pocztową reklama mającego powstać cudactwa o nazwie “centrum delfinoterapii”. Nie, nie chodzi tu o leczenie chorych delfinów, ale o pluskanie się w wodzie wraz z nimi. Świetna rozrywka! Tylko dlaczego ktoś próbuje wciskać wszystkim dookoła kit, że to jakaś “terapia”? Nie, to nie jest żadna terapia, tylko rodzaj rekreacji i rozrywki. To wszystko. Przestańcie robić ludziom wodę z mózgów! Choćby nawet miałaby to być woda z basenu Morza Śródziemnego. W ogóle rozpasała się moda na “leczenie” zwierzętami. Jeszcze dwadzieścia lat temu nikt poważny nie śmiałby pisać o jeżdżeniu na stępującym koniu w kategoriach metody fizjoterapeutycznej. Niestety, brak dyskusji naukowej na ten temat (akademicy chyba cały czas są mentalnie w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego stulecia), sprawił, że tzw. hipoterapia zaczęła coraz bardziej wkradać się do naszej fizjoterapeutycznej świadomości jako świetna metoda pracy z dziećmi z porażeniem mózgowym. Cudowne skafandry lotnicze, które miały ich leczyć, odeszły w słuszne zapomnienie, a hipoterapia - nie. Bo zrobiła się moda na jazdę konną. Powoli też zaczęły powstawać prace magisterskie i licencjackie na temat tzw. “animaloterapii” (pominę milczeniem, że sama nazwa niezgodna z zasadami tworzenia złożeń, zgodnie z którymi oba człony powinny pochodzić z tego samego, źródłowego języka). Pamiętam, jak osiem lat temu, na jednym z forów internetowych z okazji prima aprilis napisałem: “Nawiążę współpracę z fizjoterapeutami, zajmującymi się chiropteroterapią. To nowa dziedzina fizjoterapii, wykorzystująca energię fal ultradźwiękowych, wysyłanych przez nietoperze. Szczególnie interesują mnie badania na temat wpływu ultradźwięków, emitowanych podczas tzw. lotu koszącego tych ssaków na dolegliwości bólowe w przebiegu reumatoz. Wiem, że sporo na ten temat napisano w ubiegłorocznym, grudniowym numerze Journal of Chiropterotherapy, ale może ktoś ma inne materiały. Chętnie się wymienię”. W innym miejscu donosiłem: “Właśnie polska sekcja World Society of Chiropterotherapy rozpoczęła zaawansowane badania nad ekologicznym wykorzystaniem siedlisk rodzimego gacka wielkoucha. W przyszłym roku planuje się otwarcie pierwszej nadźwiękowni niedaleko Iwonicza-Zdroju. Nadźwiękownia funkcjonować będzie w grocie “Jakub Mniejszy”. Mieszka tam kilkaset osobników. Projektem żywo zainteresowane są okoliczne sanatoria. Oczywiście, na chwilę obecną NFZ nie refunduje tych cennych zabiegów”. Myślałem, że wszyscy chwytają żart. Ale kiedy zaczęły przychodzić do mnie maile od studentów z prośbami o udostępnienie materiałów na temat leczenia nietoperzami, bo pisali “prace na temat animaloterapii”, śmiesznie być przestało. Trudno bowiem w prosty, histopatologiczny sposób wyjaśnić fenomen wiary studenta fizjoterapii w leczniczą moc latających nietoperzy. Niestety, sprawa wygląda jeszcze poważniej, bo co rusz znajdujemy coraz to przedziwniejsze zwierzęce “terapie”: dogoterapia (leczenie psami), felinoterapia (leczenie kotami) czy wreszcie przebój - onoterapia, czyli leczenie osłami. Na jednej z polskich stron przeczytałem, że “onoterapia to samodzielna dyscyplina z dziedziny animoterapii. Zwierzęciem, które wykorzystuje się w onoterapii jest osioł. Pomimo naturalnych podobieństw do konia, osioł ma cechy, które szczególnie predestynują go do pracy z dziećmi”. Rozumiem, że im większy osioł, tym bardziej “predestynowany”... Wychodzi na to, ze przy okazji robienia z osła terapeuty, próbuje się baranów robić z pacjentów i to jeszcze powołując się na teologiczny dopust Boży (no, chyba że autorowi pomyliła się “predestynacja” z “predyspozycją”). Ale żeby nie było, że jestem niepoprawnym sceptykiem i zacofańcem! Otóż widzę sens animaloterapii! Konkretnie jednej z metod. Jeszcze jej oficjalnie nie ma, bo dopiero co ją wymyśliłem, ale postuluję, by taką zorganizować. Nazwijmy ją “bowinioterapia”, czyli leczenie bykami. Terapia w formie zajęć grupowych, podobna byłaby do corocznego uganiania się gawiedzi w hiszpańskiej Pampelunie. Wyobraźmy sobie, że do kilkusetosobowej grupy pacjentów ortopedycznych z problemami z chodem wpuszczamy stado rozpędzonych byków i ganiamy całe towarzystwo przez pół miasta. Efekt murowany! Po jednej sesji takiej terapii stuprocentowa poprawa wszystkich parametrów chodu. Myślę, że NFZ powinien zainteresować się tą formą szybkiej, skutecznej i taniej rehabilitacji! No i słowo “zabieg” zyskałoby ciekawą, jakże pobudzającą wyobraźnię, konotację. PS: Myślę, że mój zmyślony tytuł periodyku naukowego o chiropteroterapii może być wkrótce proroczy. Patrząc bowiem na bujny rozwój zwierzętolecznictwa, trudno oprzeć się wrażeniu,że każdy, kto chce mieć swoje “pięć minut” bierze swojego zwierzaka i tanim kosztem wymyśla na poczekaniu własną metodę, choćby była najbardziej niedorzeczna. Wkrótce więc ktoś wymyśli leczenie kozami, krowami, kurami, kaczkami i nieuchronnie skończą się w ten sposób zwierzaki domowe. Trzeba będzie szukać dalej: terapie świnkami morskimi, chomikami, szynszylami, papużkami falistymi, etc., etc. Że niby głupie? Ani krztynę głupsze od delfinoterapii czy felinoterapii...
ryc. 1. Typowa sesja bowinioterapeutyczna ryc. 3-4. Tzw. “praca na macie” ryc. 2. PIR mięśnia czworogłowego uda
O PORTALU