17 sierpnia 2015   Mody na metody    Tomasz Borowski Na    początek    mały    quiz:    Jaka    jest    różnica    między    polskim    fizjoterapeutą    z    2-letnim    stażem a   fizjoterapeutą   z   20-letnim   stażem?   Prawidłowa   odpowiedź:   pierwszy   “pracuje   z   powięziówką”, drugi pracuje z pacjentem.   Obserwując     polskie,     internetowe     fora     dyskusyjne     o     fizjoterapii     i     tzw.     rynek     kursów dla   fizjoterapeutów,   trudno   o   nieodparte   wrażenie,   że   oto   staliśmy   się   terytorium   kolonialnym dla   wszystkich   możliwych   zagranicznych   instruktorów   i   ich   firm,   zwanych   najczęściej   szumnie „instytutami”   lub   „akademiami”.   Ważne   jest   jedno:   by   nauczyciele   byli   z   zagranicy   (w   domyśle: zza   zachodniej   granicy)   i   łoili   z   polskich   fizjoterapeutów   kasę,   ażby   w   portfelu   furczało.   I   mamy w   ten   sposób   prostą   receptę   na   zajesupermegabajerancki   kurs.   Poziom   kursu   i   jego   przydatność ma dla wszystkich drugorzędne znaczenie.   O   wiele   ważniejsza   jest   moda   i   magiczny   wpływ   tandetnej,   marketingowej   propagandy   danej metody,   którą   przedstawia   się   jako   zbawienne   remedium   na   wszelkie   przypadłości   ludzkości. I       tak       zakochali       się       nasi       początkujący       adepci       w       metodach,       metodkach i   metodzikach.   Nie   dość,   że   jak   każde   zakochanie,   również   i   to   jest   zaślepiające,   to   jeszcze nieodwzajemnione   -   o   czym   rychło   każdy   z   czasem   się   przekonuje.   Póki   jednak   zauroczenie   trwa –   o   niczym   innym   młody,   polski   fizjoterapeuta   dziś   nie   mówi   i   o   niczym   innym   pogadać   z   nim nie sposób.   Nie   od   dziś   branża   fizjoterapeutycznych   kursów   i   szkoleń   przeżywa   w   Polsce   pewien   kryzys. Wszyscy   przejedli   się   już   kursikami   anatomii   palpacyjnej,   czytania   zdjęć   RTG   czy   tejpowania według    nowej,    ulepszonej,    jeszcze    bardziej    dynamicznej    i    jeszcze    bardziej    funkcjonalnej, pięćdziesiątej     koncepcji.     Przepowiadaliśmy     już     kilka     lat     temu,     że     tak     właśnie     będzie. I tak się stało.   Fizjoterapeuta,   któremu   potrzebny   jest   kurs   anatomii   palpacyjnej, masażu   lub   analizy   zdjęć   RTG   powinien   albo   wyrzucić   swój   dyplom do    kosza,    albo    domagać    się    od    swojej    uczelni    zwrotu    pieniędzy za   studia   (jeżeli   opłacał   je   ze   swojej   kieszeni),   gdyż   ta   nie   nauczyła go podstaw zawodu. A   tam,   gdzie   brak   solidnych   podstaw,   tam   łatwo   o   zauroczenia   gadżetami;   tyleż   efektownymi, co   stanowiącymi   –   w   najlepszym   razie   -   jedynie   cenny   dodatek.   Pies   pogrzebany   chyba   w   tym, że   uczelniom   coraz   trudniej   przekonać   studentów,   że   wiedza,   którą   im   przekazują   jest   cokolwiek warta.   Uczelnie   już   same   w   to   nie   wierzą!   Jeśli   uczelnia   nie   potrafi   nauczyć   anatomii,   czytania zdjęć   RTG   czy   masażu   klasycznego,   to   czego?   Student   od   pierwszego   roku   studiów   jest   pogodzony z   faktem,   że   “prawdziwej”   wiedzy   dowie   się   dopiero   na   kursach.   Utwierdza   go   w   tym   internet    i   -   co   najgorsze   -   cześć   wykładowców,   dla   których   zajęcia   są   w   dużej   mierze   okazją   do   werbunku na   organizowane   lub   prowadzone   przez   nich   kursy.   Najlepszy   wykładowca   to   dziś   taki,   który   poza uczelnią      prowadzi      jakiś      własny      kurs.      To      najistotniejsze      kryterium      dla      studenta. Absurdalne i głupie? Ale czyż nie prawdziwe?   Wracając   do   tematu   –   za   granicą   znudziło   się   wszystkim   gadanie   o   powięziach,   tensegracjach, więc   przyjeżdżają   do   nas   hurtowo   instruktorzy,   którzy   wyniuchali,   że   można   w   naszym   kraju zrobić   niezły   biznes,   sprzedając   nam   ładnie   opakowane   frazesy.   Trzeba   tylko   znaleźć   jakiegoś młodego,    znającego    angielski,    przebojowego    fizjo    (najlepiej    z    mizernym    doświadczeniem klinicznym),   który   zajmie   się   promocją   i   zapewni   stałe   dostawy   kursantów,   którzy   nie   będą marudzić,   że   za   drogo.   A   drogo   jest.   Gdyby   w   Niemczech   czy   Francji   ktoś   organizował   trzydniowy kurs    dla    fizjoterapeutów    i    kazał    sobie    za    niego    płacić    średnią,    miesięczną    pensję,    wszyscy popukaliby    się    w    czoło.    Ale    nie    w    naszym,    sławnym    z    bogatych    fizjoterapeutów,    kraju! Tu każdy z ciekawie brzmiącym nazwiskiem sprzeda wszystko i to bez targowania się o cenę.   Główny    jednak    problem    z    nowymi    fizjoterapeutycznymi    metodami-gadżetami    polega    jednak na   czym   zupełnie   innym:   wbrew   temu,   co   głoszą   ich   instruktorzy   i   zaślepieni   absolwenci-neofici -   zabijają   one   myślenie   i   twórcze   podejście   do   pacjenta   (tak   “do   pacjenta”,   nie   do   problemu klinicznego!).   Na   młodego   fizjoterapeutę   czekają   gotowe   pseudo-recepty   na   każdą   dolegliwość. Że nie zawsze działają? “Muszą działać! Przecież to prosta i genialna metoda!”   Osobnym   tematem   jest   to,   że   większość   instruktorów   i   ich   asystentów   pytana   o   doświadczenie kliniczne,   odpowiada   na   to   pytanie   dosyć   oględnie   (”miałem   kiedyś   pacjenta”,   “jeden   z   moich pacjentów”).   Zapytajcie   kiedyś   Waszego   instruktora   o   to,   ilu   przyjmuje   pacjentów   miesięcznie, ilu   tygodniowo,   z   iloma   pacjentami   pracuje   metodą,   którą   naucza.   Zauważcie   przy   tym,   że   zwykle na   początku   kursu   część   wykładowców   (szczególnie   tych   młodszych   wiekiem)   przedstawia   się   jako bardzo   zapracowanych   jeżdżeniem   po   świecie   i   nauczaniem.   Łatwo   w   ten   sposób   zweryfikować jego   realne   doświadczenie   w   pracy   daną   metodą   i   jej   efektami   klinicznymi.   Nie   można   przecież   być w     dwóch     miejscach     jednocześnie.     Trudno     z     czasem     o     nieodparte     wrażenie,     że     część tzw.   instruktorów   uczy   danej   metody   dla   samego   jej   uczenia,   bez   zawracania   sobie   głowy   jej praktyczną wartością.   Ale   młody,   polski   fizjo   łyknie   wszystko   jak   leci.   Szczególnie,   gdy   jest   studentem   lub   świeżo upieczonym   absolwentem,   który   nie   może   sie   doczekać,   aż   pójdzie   na   jakiś   kurs.   Prawie   dwieście lat    temu    Mickiewicz    napisał:    „co    Francuz    wymyśli,    to    Polak    polubi”.    Jak    widać,    ciągle i    niezmiennie    do    bólu    aktualne.    Gdy    widzę    u    niektórych    młodych    fizjoterapeutów    koszulki z   wytartym   frazesem,   że   umysł   jest   jak   spadochron,   by   zadziałał,   musi   być   otwarty,   przypominają mi   się   słowa   Richarda   Dawkinsa:   “Powinniśmy   mieć   otwarty   umysł,   ale   nie   na   tyle,   żeby   nam mózg wypadł”.   Niech   to   będzie   naszą   puentą.   Włączmy   własne   myślenie.   Wtedy   spadochron   nie   będzie   nikomu z nas potrzebny.  
PIERWSZY GŁOS DZIENNIKARSTWA FIZJOTERAPEUTYCZNEGO W POLSCE REKLAMA Strona ma charakter informacyjny i popularyzujący wiedzę z zakresu fizjoterapii. Redakcja Portalu nie bierze odpowiedzialności za skutki praktycznego wykorzystania treści zawartych na stronie. Portal Fizjopedia.pl nie bierze odpowiedzialności za treść reklam, umieszczonych na stronach portalu oraz za treści publikowane przez Czytelników na forach dyskusyjnych.   Wszelkie prawa zastrzeżone. Materiały umieszczone na stronach portalu są własnością intelektualną Fizjopedia.pl.  Kopiowanie i wydruk bez podania źródła traktowane będą jako działania na szkodę portalu Fizjopedia.pl i ścigane wszelkimi, przewidzianymi prawem, środkami.     (c) Fizjopedia.pl, 2008-2017     FIZJOPEDIA.PL PORTAL NIEALEŻNEJ PUBLICYSTYKI FIZJOTERAPEUTYCZNEJ
FIZJOPEDIA.PL PORTAL NIEZALEŻNEJ PUBLICYSTYKI FIZJOTERAPEUTYCZNEJ
Punkty spustowe. Strefa wolnych felietonów
Tomasz Borowski Redaktor Naczelny portalu Fizjopedia.pl
Komentarze
O Portalu
Ostatnie felietony
Wyższa matematyka, czyli historie      z Trójkąta Bermudzkiego
Ostatnie rozmowy
Punkty spustowe. Strefa wolnych felietonów
FIZJOPEDIA.PL PORTAL NIEZALEŻNEJ PUBLICYSTYKI FIZJOTERAPEUTYCZNEJ
Redakcja Portalu nie bierze odpowiedzialności za skutki praktycznego wykorzystania treści zawartych na stronie. Portal Fizjopedia.pl nie bierze odpowiedzialności za treść reklam, umieszczonych na stronach portalu.   Wszelkie prawa zastrzeżone. Materiały umieszczone na stronach portalu są własnością intelektualną Fizjopedia.pl.  Kopiowanie i wydruk bez podania źródła traktowane będą jako działania na szkodę portalu Fizjopedia.pl i ścigane wszelkimi, przewidzianymi prawem, środkami.     (c) Fizjopedia.pl, 2008-2017 FIZJOPEDIA.PL PORTAL NIEALEŻNEJ PUBLICYSTYKI FIZJOTERAPEUTYCZNEJ
PIERWSZY GŁOS DZIENNIKARSTWA FIZJOTERAPEUTYCZNEGO
komentarze
o portalu
Punkty spustowe. Strefa wolnych felietonów
17 sierpnia 2015   Mody na metody   Tomasz Borowski Na początek mały quiz: Jaka jest różnica między polskim fizjoterapeutą z 2-letnim stażem a fizjoterapeutą z 20-letnim stażem? Prawidłowa odpowiedź: pierwszy “pracuje z powięziówką”, drugi pracuje z pacjentem.   Obserwując polskie, internetowe fora dyskusyjne o fizjoterapii i tzw. rynek kursów dla fizjoterapeutów, trudno o nieodparte wrażenie, że oto staliśmy się terytorium kolonialnym dla wszystkich możliwych zagranicznych instruktorów i ich firm, zwanych najczęściej szumnie „instytutami” lub „akademiami”. Ważne jest jedno: by nauczyciele byli z zagranicy (w domyśle: zza zachodniej granicy) i łoili z polskich fizjoterapeutów kasę, ażby w portfelu furczało. I mamy w ten sposób prostą receptę na zajesupermegabajerancki kurs. Poziom kursu i jego przydatność ma dla wszystkich drugorzędne znaczenie.   O wiele ważniejsza jest moda i magiczny wpływ tandetnej, marketingowej propagandy danej metody, którą przedstawia się jako zbawienne remedium na wszelkie przypadłości ludzkości. I tak zakochali się nasi początkujący adepci w metodach, metodkach i metodzikach. Nie dość, że jak każde zakochanie, również i to jest zaślepiające, to jeszcze nieodwzajemnione - o czym rychło każdy z czasem się przekonuje. Póki jednak zauroczenie trwa – o niczym innym młody, polski fizjoterapeuta dziś nie mówi i o niczym innym pogadać z nim nie sposób.   Nie od dziś branża fizjoterapeutycznych kursów i szkoleń przeżywa w Polsce pewien kryzys. Wszyscy przejedli się już kursikami anatomii palpacyjnej, czytania zdjęć RTG czy tejpowania według nowej, ulepszonej, jeszcze bardziej dynamicznej i jeszcze bardziej funkcjonalnej, pięćdziesiątej koncepcji. Przepowiadaliśmy już kilka lat temu, że tak właśnie będzie. I tak się stało.   Fizjoterapeuta, któremu potrzebny jest kurs anatomii palpacyjnej, masażu lub analizy zdjęć RTG powinien albo wyrzucić swój dyplom do kosza, albo domagać się od swojej uczelni zwrotu pieniędzy za studia (jeżeli opłacał je ze swojej kieszeni), gdyż ta nie nauczyła go podstaw zawodu. A tam, gdzie brak solidnych podstaw, tam łatwo o zauroczenia gadżetami; tyleż efektownymi, co stanowiącymi – w najlepszym razie - jedynie cenny dodatek. Pies pogrzebany chyba w tym, że uczelniom coraz trudniej przekonać studentów, że wiedza, którą im przekazują jest cokolwiek warta. Uczelnie już same w to nie wierzą! Jeśli uczelnia nie potrafi nauczyć anatomii, czytania zdjęć RTG czy masażu klasycznego, to czego? Student od pierwszego roku studiów jest pogodzony z faktem, że “prawdziwej” wiedzy dowie się dopiero na kursach. Utwierdza go w tym internet i - co najgorsze - cześć wykładowców, dla których zajęcia są w dużej mierze okazją do werbunku na organizowane lub prowadzone przez nich kursy. Najlepszy wykładowca to dziś taki, który poza uczelnią prowadzi jakiś własny kurs. To najistotniejsze kryterium dla studenta. Absurdalne i głupie? Ale czyż nie prawdziwe?   Wracając do tematu – za granicą znudziło się wszystkim gadanie o powięziach, tensegracjach, więc przyjeżdżają do nas hurtowo instruktorzy, którzy wyniuchali, że można w naszym kraju zrobić niezły biznes, sprzedając nam ładnie opakowane frazesy. Trzeba tylko znaleźć jakiegoś młodego, znającego angielski, przebojowego fizjo (najlepiej z mizernym doświadczeniem klinicznym), który zajmie się promocją i zapewni stałe dostawy kursantów, którzy nie będą marudzić, że za drogo. A drogo jest. Gdyby w Niemczech czy Francji ktoś organizował trzydniowy kurs dla fizjoterapeutów i kazał sobie za niego płacić średnią, miesięczną pensję, wszyscy popukaliby się w czoło. Ale nie w naszym, sławnym z bogatych fizjoterapeutów, kraju! Tu każdy z ciekawie brzmiącym nazwiskiem sprzeda wszystko i to bez targowania się o cenę.   Główny jednak problem z nowymi fizjoterapeutycznymi metodami-gadżetami polega jednak na czym zupełnie innym: wbrew temu, co głoszą ich instruktorzy i zaślepieni absolwenci-neofici - zabijają one myślenie i twórcze podejście do pacjenta (tak “do pacjenta”, nie do problemu klinicznego!). Na młodego fizjoterapeutę czekają gotowe pseudo-recepty na każdą dolegliwość. Że nie zawsze działają? “Muszą działać! Przecież to prosta i genialna metoda!”   Osobnym tematem jest to, że większość instruktorów i ich asystentów pytana o doświadczenie kliniczne, odpowiada na to pytanie dosyć oględnie (”miałem kiedyś pacjenta”, “jeden z moich pacjentów”). Zapytajcie kiedyś Waszego instruktora o to, ilu przyjmuje pacjentów miesięcznie, ilu tygodniowo, z iloma pacjentami pracuje metodą, którą naucza. Zauważcie przy tym, że zwykle na początku kursu część wykładowców (szczególnie tych młodszych wiekiem) przedstawia się jako bardzo zapracowanych jeżdżeniem po świecie i nauczaniem. Łatwo w ten sposób zweryfikować jego realne doświadczenie w pracy daną metodą i jej efektami klinicznymi. Nie można przecież być w dwóch miejscach jednocześnie. Trudno z czasem o nieodparte wrażenie, że część tzw. instruktorów uczy danej metody dla samego jej uczenia, bez zawracania sobie głowy jej praktyczną wartością.   Ale młody, polski fizjo łyknie wszystko jak leci. Szczególnie, gdy jest studentem lub świeżo upieczonym absolwentem, który nie może się doczekać, aż pójdzie na jakiś kurs. Prawie dwieście lat temu Mickiewicz napisał: „co Francuz wymyśli, to Polak polubi”. Jak widać, ciągle i niezmiennie do bólu aktualne. Gdy widzę u niektórych młodych fizjoterapeutów koszulki z wytartym frazesem, że umysł jest jak spadochron, by zadziałał, musi być otwarty, przypominają mi się słowa Richarda Dawkinsa: “Powinniśmy mieć otwarty umysł, ale nie na tyle, żeby nam mózg wypadł”.   Niech to będzie naszą puentą. Włączmy własne myślenie. Wtedy spadochron nie będzie nikomu z nas potrzebny.  
Tomasz Borowski Redaktor Naczelny portalu Fizjopedia.pl