4 listopada 2013   Trumna Body Exhibition    Tomasz Borowski     W   dwóch   miastach   w   Polsce   można   zobaczyć   wielkie   billboardy,   reklamujące   wystawę   ludzkich zwłok.    Niby    już    nic    dziś    nie    dziwi,    a    jednak...    Pamiętam,    jak    jakiś    czas    temu    pewne stowarzyszenie   z   Europą,   fizjoterapią   i   młodością   w   nazwie   chełpiło   się   wyjazdem   swoich   członków do   muzeum   Gunthera   von   Hagensa.   Twórca   owego   muzeum,      syn   byłego   esesmana-kucharza, opracował     sposób     konserwacji     ludzkich     zwłok,     który     nazwał     plastynacją.     Udoskonalił w   ten   sposób   to,   co   zaczęli   jego   przodkowie   w   obozach   koncentracyjnych.   Po   prostu   człowiek po śmierci musi się przydać do czegoś, na czym można zarobić.   Nie   mogłem   przekonać   wszystkich   moich   znajomych,   że   sławna   w   mediach   i   na   fejsbuku   wystawa ludzkich    zwłok    jest    niczym    innym,    jak    tylko    haniebnym    zarabianiem    na    ludzkiej    śmierci i   komercyjną   profanacją   zwłok.   Znaleźli   się   nawet   i   tacy,   którzy   w   celu   przekonania   mnie,   że   się jednak   mylę,   kupili   mi   bilet   i   zabrali   mnie   na   tę   wystawę   do   Gdańska.   Nie   chcąc   robić   im przykrości, zgodziłem się im potowarzyszyć.   Już   sama   cena   biletu   robi   wrażenie:   kilkadziesiąt   złotych   od   każdej,   żądnej   wrażeń   łepetyny. Przy    wejściu    pierwsze    pozory    śmiertelnej    powagi:    zakaz    fotografowania,    filmowania,    picia, jedzenia   i   -   nie   wiedzieć   na   dobrą   sprawę,   czemu   -   zakaz   używania   telefonów   komórkowych. Do    pełni    szczęścia    brakuje    tylko    piszczących    bramek,    wykrywających    kamery    w    nosie albo   dyktafony   w   zębowej   plombie.   Po   odprawie,   ruszamy   do   pomieszczeń   z   wypreparowanymi ludzkimi   ciałami.   W   każdej   sali   ubrani   w   jednakowe   koszulki   młodzi   ludzie   tonem   wesołego grabarza   w   czasie   epidemii   dżumy   objaśniają   przybyłej   gawiedzi,   ileż   to   człowiek   ma   kości, po której stronie ma wątrobę i co to takiego rdzeń kręgowy. Moi   towarzysze   proszą   mnie,   skoro   już   tu   jestem,   bym   opowiedział   im   troszkę   o   tym,   co   widzą. Wykładałem   swego   czasu   anatomię,   więc   mówić   o   niej   mogę   bez   końca;   problem   jednak   w   tym, że   czuję   się   w   tym   miejscu   z   każdą   minutą   coraz   bardziej   niezręcznie.   Po   kwadransie   widzę, że    moi    znajomi    nabierają    podobnego    stosunku    do    całej    tej    wystawy.    Nie    chodzi    tu    wcale o   ewidentne   błędy,   które   dyskwalifikują   wystawę   pod   względem   wartości   naukowej:   jak   choćby w   swobodnym,   anatomicznym   mianownictwie   (”układ   pokarmowy”)   czy   nieprawidłowo   ułożone przekroje   poprzeczne,   w   których   wątroba   była   raz   to   po   prawej,   a   innym   -   po   lewej   stronie, co zauważyli nawet moi znajomi.   Między   ustawionymi   w   dziwacznych,   zastygłych   pozach,   obdartymi ze   skóry   martwymi   ciałami,   widzimy   niemające   niczego   wspólnego z      jakąkolwiek      nauką      czy      edukacją      przedziwne      kompozycje z   przekrojów   ludzkiego   ciała.   Pewnie   w   zamyśle   miało   to   wyglądać fascynująco,       wyszło       jednak       upiornie.       I       nagle       refleksja! Przecież     oglądamy     wypreparowane     ciała     kompletnie     zdrowych, młodych ludzi. Ani śladu przyczyny zgonu! W   jednej   z   gablot   podświetlany   ledowymi   lampkami   układ   krążenia   w   całej   okazałości   i   w   jednym kawałku.   Każde   naczynie   krwionośne   wypełnione   substancją   konserwującą,   dzięki   czemu   tętnice są   w   przekroju   owalne.   Godziny   spędzone   w   studenckim   kole   anatomicznym   drążą   w   umyśle   myśl straszną:   tego   człowieka   zabito   na   potrzeby   wystawy   i   jeszcze   żyjącemu   wprowadzono   do   jego naczyń   krwionośnych   substancję   konserwującą!   Rozglądam   się   dookoła   i   widzę   ciała   innych   ludzi, których musiano zabić również bez mechanicznego uszkadzania ciała.   Od   wygłaszających   wytarte   frazesy   wystawowych   gawędziarzy   w   koszulkach   dowiadujemy   się, że    “to    wszystko    Chińczycy”.    Uff...    Co    za    ulga,    że    zamordowano    jakichś    tam    Chińczyków, nie   Europejczyków!   Chińczyków   jest   przecież   mnóstwo.   Setka   w   tę   lub   w   tamtą...   Więc   mniej   żal. Co    innego,    gdyby    pokazywano    ciała    naszych    rodaków.    Oczywiście    organizatorzy    zapewniają, że   wszystkie   ciała   zostały   przekazane   dobrowolnie   przez   ich   właścicieli   za   życia.   Trzeba   mieć samemu   wypreparowany   mózg,   by   uwierzyć   w   podobne   brednie.   Domyślamy   się,   że   to   po   prostu ofiary egzekucji.   W   ostatniej   sali,   poświęconej   narządom   rozrodczym,   widzimy   ciało młodej   dziewczyny,   bez   skóry,   stojącej   tak,   by   wyeksponować   wargi sromowe   i   piersi.   Szacuję   jej   wiek   na   piętnaście,   może   szesnaście   lat. Wszystkim już puszczają nerwy. Już    nie    oglądamy    dalej.    Omijamy    gapiów    wpatrujących    się    w    słoiki    z    martwymi    płodami. Wychodzimy   jak   najprędzej.   Przy   wyjściu   księga   gości.   Pod   wpisami:   “Cóż   za   wspaniała   lekcja biologii”,   “cudowna   wystawa”,   “ja   i   moja   dziewięcioletnia   córeczka   jesteśmy   zachwycone   świetnym pomysłem”,   dopisujemy:   “Jest   nam   wstyd,   że   tu   przyszliśmy.   Zobaczyliśmy   martwe   ciała   młodych, zdrowych ludzi, zabitych na potrzeby tej wystawy”.   Wyszliśmy   zdruzgotani.   Co   dalej?   Co   takiego   można   rzucić   na   ruszt   ciekawskich   oczu,   gdy   zwłoki już   się   wszystkim   opatrzą?   Może   specjalny,   kodowany   naukowo-edukacyjny   kanał   na   satelicie z egzekucjami “made in China” na żywo? To by dopiero było coś... Przynajmniej na jakiś czas.   Najsmutniejsze    w    tym    wszystkim    jest    to,    że    organizatorom    udało    się    ogłupić    tysiące    ludzi (na   samym   fejsbuku   prawie   29   tysięcy   osób   kliknęło   “lubię   to”   na   profil   wystawy),   że   nie   chodzi im    wyłącznie    “o    kasę”,    ale    o    jakąś    urojoną    naukę    czy    edukację.    Równie    dobrze    można    by próbować   udowadniać,   że   skoki   z   bungee   organizuje   się   po   to,   by   pomóc   skaczącym   zrozumieć zasady   fizyki   i   organizować   na   górze   wysięgnika   przed   każdym   skokiem   pogadanki   o   prawach dynamiki Newtona.   Pozostaje   tylko   mieć   nadzieję,   że   w   czas   refleksji   nad   zmarłymi   i   śmiercią,   do   jakiego   skłania początek   listopada,   sprawił,   że   odwiedzający   tę   wystawę   chociaż   raz   pomyśleli   z   zadumą   o   tych, którym zamiast pochówku, wystawia się ich ciała w upiornym, objazdowym cyrku osobliwości.
PIERWSZY GŁOS DZIENNIKARSTWA FIZJOTERAPEUTYCZNEGO W POLSCE REKLAMA Strona ma charakter informacyjny i popularyzujący wiedzę z zakresu fizjoterapii. Redakcja Portalu nie bierze odpowiedzialności za skutki praktycznego wykorzystania treści zawartych na stronie. Portal Fizjopedia.pl nie bierze odpowiedzialności za treść reklam, umieszczonych na stronach portalu oraz za treści publikowane przez Czytelników na forach dyskusyjnych.   Wszelkie prawa zastrzeżone. Materiały umieszczone na stronach portalu są własnością intelektualną Fizjopedia.pl.  Kopiowanie i wydruk bez podania źródła traktowane będą jako działania na szkodę portalu Fizjopedia.pl i ścigane wszelkimi, przewidzianymi prawem, środkami.     (c) Fizjopedia.pl, 2008-2017     FIZJOPEDIA.PL PORTAL NIEALEŻNEJ PUBLICYSTYKI FIZJOTERAPEUTYCZNEJ
FIZJOPEDIA.PL PORTAL NIEZALEŻNEJ PUBLICYSTYKI FIZJOTERAPEUTYCZNEJ
Punkty spustowe. Strefa wolnych felietonów
Tomasz Borowski Redaktor Naczelny portalu Fizjopedia.pl
Komentarze
O Portalu
Ostatnie felietony
Wyższa matematyka, czyli historie      z Trójkąta Bermudzkiego
Ostatnie rozmowy
Punkty spustowe. Strefa wolnych felietonów
FIZJOPEDIA.PL PORTAL NIEZALEŻNEJ PUBLICYSTYKI FIZJOTERAPEUTYCZNEJ
Redakcja Portalu nie bierze odpowiedzialności za skutki praktycznego wykorzystania treści zawartych na stronie. Portal Fizjopedia.pl nie bierze odpowiedzialności za treść reklam, umieszczonych na stronach portalu.   Wszelkie prawa zastrzeżone. Materiały umieszczone na stronach portalu są własnością intelektualną Fizjopedia.pl.  Kopiowanie i wydruk bez podania źródła traktowane będą jako działania na szkodę portalu Fizjopedia.pl i ścigane wszelkimi, przewidzianymi prawem, środkami.     (c) Fizjopedia.pl, 2008-2017 FIZJOPEDIA.PL PORTAL NIEALEŻNEJ PUBLICYSTYKI FIZJOTERAPEUTYCZNEJ
PIERWSZY GŁOS DZIENNIKARSTWA FIZJOTERAPEUTYCZNEGO
komentarze
o portalu
Punkty spustowe. Strefa wolnych felietonów
4 listopada 2013   Trumna Body Exhibition      Tomasz Borowski   W     dwóch     miastach     w     Polsce     można zobaczyć    wielkie    billboardy,    reklamujące wystawę   ludzkich   zwłok.   Niby   już   nic   dziś nie   dziwi,   a   jednak...   Pamiętam,   jak   jakiś czas   temu   pewne   stowarzyszenie   z   Europą, fizjoterapią   i   młodością   w   nazwie   chełpiło się   wyjazdem   swoich   członków   do   muzeum Gunthera    von    Hagensa.    Twórca    owego muzeum,      syn   byłego   esesmana-kucharza, opracował     sposób     konserwacji     ludzkich zwłok,         który         nazwał         plastynacją. Udoskonalił    w    ten    sposób    to,    co    zaczęli jego           przodkowie           w           obozach koncentracyjnych.      Po      prostu      człowiek po   śmierci   musi   się   przydać   do   czegoś,   na czym można zarobić.   Nie    mogłem    przekonać    wszystkich    moich znajomych,    że    sławna    w    mediach    i    na fejsbuku     wystawa     ludzkich     zwłok     jest niczym      innym,      jak      tylko      haniebnym zarabianiem         na         ludzkiej         śmierci i   komercyjną   profanacją   zwłok.   Znaleźli   się nawet    i    tacy,    którzy    w    celu    przekonania mnie,   że   się   jednak   mylę,   kupili   mi   bilet   i zabrali   mnie   na   tę   wystawę   do   Gdańska. Nie    chcąc    robić    im    przykrości,    zgodziłem się im potowarzyszyć.   Już     sama     cena     biletu     robi     wrażenie: kilkadziesiąt     złotych     od     każdej,     żądnej wrażeń    łepetyny.    Przy    wejściu    pierwsze pozory        śmiertelnej        powagi:        zakaz fotografowania,   filmowania,   picia,   jedzenia   i -   nie   wiedzieć   na   dobrą   sprawę,   czemu   - zakaz    używania    telefonów    komórkowych. Do       pełni       szczęścia       brakuje       tylko piszczących        bramek,        wykrywających kamery   w   nosie   albo   dyktafony   w   zębowej plombie.      Po      odprawie,      ruszamy      do pomieszczeń   z   wypreparowanymi   ludzkimi ciałami.   W   każdej   sali   ubrani   w   jednakowe koszulki     młodzi     ludzie     tonem     wesołego grabarza      w      czasie      epidemii      dżumy objaśniają      przybyłej      gawiedzi,      ileż      to człowiek    ma    kości,    po    której    stronie    ma wątrobę i co to takiego rdzeń kręgowy. Moi   towarzysze   proszą   mnie,   skoro   już   tu jestem,   bym   opowiedział   im   troszkę   o   tym, co      widzą.      Wykładałem      swego      czasu anatomię,    więc    mówić    o    niej    mogę    bez końca;   problem   jednak   w   tym,   że   czuję   się w     tym     miejscu     z     każdą     minutą     coraz bardziej   niezręcznie.   Po   kwadransie   widzę, że     moi     znajomi     nabierają     podobnego stosunku   do   całej   tej   wystawy.   Nie   chodzi   tu wcale        o        ewidentne        błędy,        które dyskwalifikują      wystawę      pod      względem wartości          naukowej:          jak          choćby w              swobodnym,              anatomicznym mianownictwie     (”układ     pokarmowy”)     czy nieprawidłowo            ułożone            przekroje poprzeczne,   w   których   wątroba   była   raz   to po    prawej,    a    innym    -    po    lewej    stronie, co zauważyli nawet moi znajomi.   Między     ustawionymi     w     dziwacznych, zastygłych   pozach,   obdartymi   ze   skóry martwymi    ciałami,    widzimy    niemające niczego   wspólnego   z   jakąkolwiek   nauką czy     edukacją     przedziwne     kompozycje z   przekrojów   ludzkiego   ciała.   Pewnie   w zamyśle   miało   to   wyglądać   fascynująco, wyszło   jednak   upiornie.   I   nagle   refleksja! Przecież   oglądamy   wypreparowane   ciała kompletnie     zdrowych,     młodych     ludzi. Ani śladu przyczyny zgonu! W   jednej   z   gablot   podświetlany   ledowymi lampkami   układ   krążenia   w   całej   okazałości i     w     jednym     kawałku.     Każde     naczynie krwionośne          wypełnione          substancją konserwującą,    dzięki    czemu    tętnice    są    w przekroju    owalne.    Godziny    spędzone    w studenckim    kole    anatomicznym    drążą    w umyśle     myśl     straszną:     tego     człowieka zabito     na     potrzeby     wystawy     i     jeszcze żyjącemu    wprowadzono    do    jego    naczyń krwionośnych      substancję      konserwującą! Rozglądam   się   dookoła   i   widzę   ciała   innych ludzi,    których    musiano    zabić    również    bez mechanicznego uszkadzania ciała.   Od       wygłaszających       wytarte       frazesy wystawowych    gawędziarzy    w    koszulkach dowiadujemy       się,       że       “to       wszystko Chińczycy”.      Uff...      Co      za      ulga,      że zamordowano     jakichś     tam     Chińczyków, nie       Europejczyków!       Chińczyków       jest przecież   mnóstwo.   Setka   w   tę   lub   w   tamtą... Więc      mniej      żal.      Co      innego,      gdyby pokazywano       ciała       naszych       rodaków. Oczywiście       organizatorzy       zapewniają, że     wszystkie     ciała     zostały     przekazane dobrowolnie   przez   ich   właścicieli   za   życia. Trzeba      mieć      samemu      wypreparowany mózg,    by    uwierzyć    w    podobne    brednie. Domyślamy    się,    że    to    po    prostu    ofiary egzekucji.   W   ostatniej   sali,   poświęconej   narządom rozrodczym,       widzimy       ciało       młodej dziewczyny,   bez   skóry,   stojącej   tak,   by wyeksponować   wargi   sromowe   i   piersi. Szacuję    jej    wiek    na    piętnaście,    może szesnaście   lat.   Wszystkim   już   puszczają nerwy. Już    nie    oglądamy    dalej.    Omijamy    gapiów wpatrujących     się     w     słoiki     z     martwymi płodami.   Wychodzimy   jak   najprędzej.   Przy wyjściu   księga   gości.   Pod   wpisami:   “Cóż   za wspaniała       lekcja       biologii”,       “cudowna wystawa”,      “ja      i      moja      dziewięcioletnia córeczka    jesteśmy    zachwycone    świetnym pomysłem”,   dopisujemy:   “Jest   nam   wstyd, że    tu    przyszliśmy.    Zobaczyliśmy    martwe ciała   młodych,   zdrowych   ludzi,   zabitych   na potrzeby tej wystawy”.   Wyszliśmy     zdruzgotani.     Co     dalej?     Co takiego   można   rzucić   na   ruszt   ciekawskich oczu,   gdy   zwłoki   już   się   wszystkim   opatrzą? Może      specjalny,      kodowany      naukowo- edukacyjny          kanał          na          satelicie z   egzekucjami   “made   in   China”   na   żywo? To   by   dopiero   było   coś...   Przynajmniej   na jakiś czas.   Najsmutniejsze   w   tym   wszystkim   jest   to,   że organizatorom    udało    się    ogłupić    tysiące ludzi   (na   samym   fejsbuku   prawie   29   tysięcy osób   kliknęło   “lubię   to”   na   profil   wystawy), że   nie   chodzi   im   wyłącznie   “o   kasę”,   ale   o jakąś   urojoną   naukę   czy   edukację.   Równie dobrze   można   by   próbować   udowadniać,   że skoki    z    bungee    organizuje    się    po    to,    by pomóc   skaczącym   zrozumieć   zasady   fizyki   i organizować    na    górze    wysięgnika    przed każdym     skokiem     pogadanki     o     prawach dynamiki Newtona.   Pozostaje   tylko   mieć   nadzieję,   że   w   czas refleksji   nad   zmarłymi   i   śmiercią,   do   jakiego skłania     początek     listopada,     sprawił,     że odwiedzający     tę     wystawę     chociaż     raz pomyśleli   z   zadumą   o   tych,   którym   zamiast pochówku,     wystawia     się     ich     ciała     w upiornym, objazdowym cyrku osobliwości.
Tomasz Borowski Redaktor Naczelny portalu Fizjopedia.pl