23 września 2012   Sukces pana Henryka    Tomasz Borowski Nie    znasz    dnia,    ani    godziny,    marności    człowiecza!    Wróciłem    właśnie    z    pobytu    w    szpitalu. Wiadomo,   że   niezbyt   miłe   to   przeżycie,   a   i   sama   nazwa   “oddział   neurologiczny   z   pododdziałem udarowym”    budzi    wystarczająco    traumatyczne    skojarzenia    ze    studenckich    praktyk    i    ćwiczeń. Ponieważ   jestem   jednak   osobnikiem   o   genetycznie   uwarunkowanym,   nieuleczalnym   optymizmie, postanowiłem czas leczenia spożytkować na obserwacji życzliwego świata.   Tym   razem   o   zapiskach   na   bieżąco   nie   było   za   bardzo   mowy,   bo   przez   pierwsze   dni   czułem   się   tak, jakbym   miał   ze   dwadzieścia   promili   czeskiej   ruletki   we   krwi.   Oficjalna,   w   naprędce   sklecona diagnoza   po   tygodniu   badań:   “łagodne   położeniowe   zawroty   głowy”.   Określenie   “łagodne”   w   tym przypadku   równie   finezyjnie   oddaje   realia   jak   łagodne   rysy   twarzy   posła   Macierewicza.   Ale   nie   ma tego   złego   -   spełniłem   swoje   chłopięce   marzenie   -   teraz   już   wiem,   jak   się   jedzie   przez   miasto karetką   na   sygnale.   Dzięki   “łagodnym   położeniowym   zawrotom   głowy”,   dałbym   sobie   obie   ręce uciąć,   że   karetka   poruszała   się   poprzez   posuwisto-zwrotne   turlanie   się   i   powietrzne   akrobacje z   potrójną   śrubą   Auerbacha   włącznie.   Przywarłem   więc   do   kozetki   transportowej   całym   ciałem (w     naszym     zawodowym     slangu     można     ten     manewr     nazwać     “aproksymacją     karetki”). O   jedzeniu,   które   zjadłem   i   którego   nie   zjadłem,   a   które   to   przez   kilka   długich   godzin   opuszczało mnie kopniakiem w zwieracz dolny przełyku (”Albercik, wychodzimy!”) nie będę się rozpisywał.   Kiedy    już    wreszcie    dojechałem    na    oddział    i    położono    mnie    na    obracającym    się    na    wielkim gramofonie   łóżku,   zobaczyłem   zatroskaną   moim   widokiem   twarz   starszego   pana   z   łóżka   obok. Mój   towarzysz   z   sali   powitał   mnie   uśmiechem   i   ze   szczerą   życzliwością   w   głosie   stwierdził: “A myślałem już, że będę musiał leżeć sam”.   Po    kilku    kolokwialnych    zwrotach    grzecznościowych,    przychodzi    czas    na    nieodzowne    pytanie, jakie   zadają   starsi   ludzie:   “Ile   dałby   mi   pan   lat?”   Starszy   pan   wygląda   na   jakieś   siedemdziesiąt, siedemdziesiąt   pięć   lat.   Mówię   z   uprzejmości,   że   dałbym   mu   góra   sześćdziesiąt   pięć.   A   pan   Henryk na to z dumą, że ma osiemdziesiąt sześć. No tak, tyle to bym mu nie dał.   Pan   Henryk   jest   po   udarze   niedokrwiennym.   Ale   noga   i   -   jak   my   to   śmiesznie   mówimy   -   ”kończyna górna   wolna”   szybko   wróciły   do   sprawności.   Codzienna   rehabilitacja   szpitalna   też   coś   tam   jednak wnosi.   Czas   między   badaniami   i   posiłkami   mija   nam   na   rozmowach.   Pan   Henryk   w   czasie   wojny   służył w   wojsku   polskim,   potem   w   niemieckim,   a   potem   spędził   rok   w   radzieckim   łagrze,   z   którego   wrócił tak   wycieńczony,   że   leżał   w   domu   miesiąc   w   łóżku.   Jest   więc,   co   opowiadać   i   czego   słuchać. Rozmowy umilają nam godziny podkroplówkowe, bo wtedy trzeba leżeć.   Panu   Henrykowi   nic   nie   przeszkadza.   Ani   zapalone   światło   do   północy,   bo   czytam;   ani   bezustanny dźwięk   dzwonka   mojego   praktycznie   niemilknącego   telefonu.   Pan   Henryk   wstaje   rano,   myje   się i   codziennie   się   goli.   Zjada   wszystko,   co   dają   w   szpitalu   (prawdziwy   sport   ekstremalny),   bo   pan Henryk   nigdy   nie   zapomni   głodu   i   smaku   zup   z   liści   trawy   i   zgniłych   naci   marchwi,   jakie   jadł w   obozie.   Siedzi   wtedy   na   swoim   łóżku   wyprostowany.   Swoje   krzesło   oddał   “młodemu”,   by   ten znów   nie   wyrżnął   z   powodu   zawrotów   głowy   o   kant   łóżka.   I   poucza   mnie   życzliwie,   bym   nie   chodził boso, “bo to szpital i pełno zarazków”.   Patrzę   na   pana   Henryka   z   coraz   większym   podziwem.   Myślę   sobie   o   moich   rówieśnikach.   O   tym, że   kiedyś   może   spotkamy   się,   gdy   będziemy   mieli   po   osiemdziesiąt   lat.   I   każdy   z   nas   będzie wspominał        swoje    życiowe    sukcesy.    Dla    jednego    to    będzie    skończenie    trzech    fakultetów, dla   kogo   innego   prezesowanie   w   kilku   spółkach,   dla   jeszcze   innego   -   dziesięć   tysięcy   znajomych na    Facebooku    (jeśli    ktokolwiek    będzie    o    czymś    takim    jeszcze    pamiętał).    Ale    chciałbym, by   był   wśród   nas   ktoś,   kto   powie,   że   całe   życie   się   gimnastykował   i   że   jego   sukcesem   jest   to, że    bez    problemów    wchodzi    na    drugie    piętro,    sam    się    myje,    goli    i    -    tak    jak    pan    Henryk - nie może doczekać się jesieni, bo zna fajne miejsce w lesie pełne grzybów.   “Zakasuje”   tym   nas   wszystkich.   Bo   to   będzie   prawdziwą   miarą   życiowego   sukcesu.   Pan   Henryk nigdy    nie    przeczyta    tego    tekstu.    Domyślam,    że    zajmuje    się    wartościowszymi    rzeczami niż   marnowanie   czasu   na   siedzeniu   w   internecie.   Ale,   jeśli   ktoś   z   jego   znajomych   to   czyta,   bardzo proszę, by pana Henryka ode mnie serdecznie pozdrowić...
PIERWSZY GŁOS DZIENNIKARSTWA FIZJOTERAPEUTYCZNEGO W POLSCE REKLAMA Strona ma charakter informacyjny i popularyzujący wiedzę z zakresu fizjoterapii. Redakcja Portalu nie bierze odpowiedzialności za skutki praktycznego wykorzystania treści zawartych na stronie. Portal Fizjopedia.pl nie bierze odpowiedzialności za treść reklam, umieszczonych na stronach portalu oraz za treści publikowane przez Czytelników na forach dyskusyjnych.   Wszelkie prawa zastrzeżone. Materiały umieszczone na stronach portalu są własnością intelektualną Fizjopedia.pl.  Kopiowanie i wydruk bez podania źródła traktowane będą jako działania na szkodę portalu Fizjopedia.pl i ścigane wszelkimi, przewidzianymi prawem, środkami.     (c) Fizjopedia.pl, 2008-2017     FIZJOPEDIA.PL PORTAL NIEALEŻNEJ PUBLICYSTYKI FIZJOTERAPEUTYCZNEJ
FIZJOPEDIA.PL PORTAL NIEZALEŻNEJ PUBLICYSTYKI FIZJOTERAPEUTYCZNEJ
Punkty spustowe. Strefa wolnych felietonów
Tomasz Borowski Redaktor Naczelny portalu Fizjopedia.pl
Komentarze
O Portalu
Ostatnie felietony
Wyższa matematyka, czyli historie      z Trójkąta Bermudzkiego
Ostatnie rozmowy
Punkty spustowe. Strefa wolnych felietonów
FIZJOPEDIA.PL PORTAL NIEZALEŻNEJ PUBLICYSTYKI FIZJOTERAPEUTYCZNEJ
Redakcja Portalu nie bierze odpowiedzialności za skutki praktycznego wykorzystania treści zawartych na stronie. Portal Fizjopedia.pl nie bierze odpowiedzialności za treść reklam, umieszczonych na stronach portalu.   Wszelkie prawa zastrzeżone. Materiały umieszczone na stronach portalu są własnością intelektualną Fizjopedia.pl.  Kopiowanie i wydruk bez podania źródła traktowane będą jako działania na szkodę portalu Fizjopedia.pl i ścigane wszelkimi, przewidzianymi prawem, środkami.     (c) Fizjopedia.pl, 2008-2017 FIZJOPEDIA.PL PORTAL NIEALEŻNEJ PUBLICYSTYKI FIZJOTERAPEUTYCZNEJ
PIERWSZY GŁOS DZIENNIKARSTWA FIZJOTERAPEUTYCZNEGO
komentarze
o portalu
Punkty spustowe. Strefa wolnych felietonów
23 września 2012   Sukces pana Henryka      Tomasz Borowski Nie     znasz     dnia,     ani     godziny,     marności człowiecza!   Wróciłem   właśnie   z   pobytu   w szpitalu.     Wiadomo,     że     niezbyt     miłe     to przeżycie,     a     i     sama     nazwa     “oddział neurologiczny    z    pododdziałem    udarowym” budzi          wystarczająco          traumatyczne skojarzenia      ze      studenckich      praktyk      i ćwiczeń.        Ponieważ        jestem        jednak osobnikiem      o      genetycznie      uwarunko- wanym,         nieuleczalnym         optymizmie, postanowiłem    czas    leczenia    spożytkować na obserwacji życzliwego świata.   Tym   razem   o   zapiskach   na   bieżąco   nie   było za    bardzo    mowy,    bo    przez    pierwsze    dni czułem   się   tak,   jakbym   miał   ze   dwadzieścia promili   czeskiej   ruletki   we   krwi.   Oficjalna,   w naprędce    sklecona    diagnoza    po    tygodniu badań:      “łagodne      położeniowe      zawroty głowy”.      Określenie      “łagodne”      w      tym przypadku    równie    finezyjnie    oddaje    realia jak        łagodne        rysy        twarzy        posła Macierewicza.    Ale    nie    ma    tego    złego    - spełniłem   swoje   chłopięce   marzenie   -   teraz już     wiem,     jak     się     jedzie     przez     miasto karetką     na     sygnale.     Dzięki     “łagodnym położeniowym    zawrotom    głowy”,    dałbym sobie   obie   ręce   uciąć,   że   karetka   poruszała się   poprzez   posuwisto-zwrotne   turlanie   się   i powietrzne     akrobacje     z     potrójną     śrubą Auerbacha    włącznie.    Przywarłem    więc    do kozetki       transportowej       całym       ciałem (w   naszym   zawodowym   slangu   można   ten manewr    nazwać    “aproksymacją    karetki”). O    jedzeniu,    które    zjadłem    i    którego    nie zjadłem,    a    które    to    przez    kilka    długich godzin     opuszczało     mnie     kopniakiem     w zwieracz        dolny        przełyku        (”Albercik, wychodzimy!”) nie będę się rozpisywał.   Kiedy   już   wreszcie   dojechałem   na   oddział   i położono    mnie    na    obracającym    się    na wielkim      gramofonie      łóżku,      zobaczyłem zatroskaną   moim   widokiem   twarz   starszego pana    z    łóżka    obok.    Mój    towarzysz    z    sali powitał     mnie     uśmiechem     i     ze     szczerą życzliwością         w         głosie         stwierdził: “A    myślałem    już,    że    będę    musiał    leżeć sam”.   Po         kilku         kolokwialnych         zwrotach grzecznościowych,     przychodzi     czas     na nieodzowne    pytanie,    jakie    zadają    starsi ludzie:   “Ile   dałby   mi   pan   lat?”   Starszy   pan wygląda        na        jakieś        siedemdziesiąt, siedemdziesiąt       pięć       lat.       Mówię       z uprzejmości,       że       dałbym       mu       góra sześćdziesiąt   pięć.   A   pan   Henryk   na   to   z dumą,   że   ma   osiemdziesiąt   sześć.   No   tak, tyle to bym mu nie dał.   Pan         Henryk         jest         po         udarze niedokrwiennym.    Ale    noga    i    -    jak    my    to śmiesznie     mówimy     -     ”kończyna     górna wolna”     szybko     wróciły     do     sprawności. Codzienna    rehabilitacja    szpitalna    też    coś tam jednak wnosi.   Czas    między    badaniami    i    posiłkami    mija nam   na   rozmowach.   Pan   Henryk   w   czasie wojny    służył    w    wojsku    polskim,    potem    w niemieckim,      a      potem      spędził      rok      w radzieckim    łagrze,    z    którego    wrócił    tak wycieńczony,   że   leżał   w   domu   miesiąc   w łóżku.    Jest    więc,    co    opowiadać    i    czego słuchać.    Rozmowy    umilają    nam    godziny podkroplówkowe, bo wtedy trzeba leżeć.   Panu     Henrykowi     nic     nie     przeszkadza. Ani     zapalone     światło     do     północy,     bo czytam;    ani    bezustanny    dźwięk    dzwonka mojego   praktycznie   niemilknącego   telefonu. Pan      Henryk      wstaje      rano,      myje      się i    codziennie    się    goli.    Zjada    wszystko,    co dają       w       szpitalu       (prawdziwy       sport ekstremalny),    bo    pan    Henryk    nigdy    nie zapomni   głodu   i   smaku   zup   z   liści   trawy   i zgniłych       naci       marchwi,       jakie       jadł w    obozie.    Siedzi    wtedy    na    swoim    łóżku wyprostowany.       Swoje       krzesło       oddał “młodemu”,    by    ten    znów    nie    wyrżnął    z powodu     zawrotów     głowy     o     kant     łóżka. I   poucza   mnie   życzliwie,   bym   nie   chodził boso, “bo to szpital i pełno zarazków”.   Patrzę   na   pana   Henryka   z   coraz   większym podziwem.       Myślę       sobie       o       moich rówieśnikach.     O     tym,     że     kiedyś     może spotkamy     się,     gdy     będziemy     mieli     po osiemdziesiąt    lat.    I    każdy    z    nas    będzie wspominał            swoje      życiowe      sukcesy. Dla    jednego    to    będzie    skończenie    trzech fakultetów,   dla   kogo   innego   prezesowanie   w kilku   spółkach,   dla   jeszcze   innego   -   dziesięć tysięcy     znajomych     na     Facebooku     (jeśli ktokolwiek    będzie    o    czymś    takim    jeszcze pamiętał).   Ale   chciałbym,   by   był   wśród   nas ktoś,      kto      powie,      że      całe      życie      się gimnastykował   i   że   jego   sukcesem   jest   to, że   bez   problemów   wchodzi   na   drugie   piętro, sam   się   myje,   goli   i   -   tak   jak   pan   Henryk -    nie    może    doczekać    się    jesieni,    bo    zna fajne miejsce w lesie pełne grzybów.   “Zakasuje”     tym     nas     wszystkich.     Bo     to będzie       prawdziwą       miarą       życiowego sukcesu.   Pan   Henryk   nigdy   nie   przeczyta tego    tekstu.    Domyślam,    że    zajmuje    się wartościowszymi   rzeczami   niż   marnowanie czasu   na   siedzeniu   w   internecie.   Ale,   jeśli ktoś    z    jego    znajomych    to    czyta,    bardzo proszę,     by     pana     Henryka     ode     mnie serdecznie pozdrowić...
Tomasz Borowski Redaktor Naczelny portalu Fizjopedia.pl