20 października 2010   Fizjoterapeuta w szpitalu, czyli jak się odnaleźć "po drugiej stronie"    Tomasz Borowski Godzina   piąta   trzydzieści   sześć.   Pobudka,   mierzenie   ciśnienia,   krzątanina   jakaś   na   korytarzu. Jedna   toaleto-łazienka   na   połowę   oddziału   neurologicznego.   Mała   kolejka   obojga   płci   z   ręcznikami i pustymi pojemnikami na mocz. Nie   jest   aż   tak   źle.   Poza   mną   i   towarzyszem   z   sali,   zainteresowane   prysznicem   są   tylko   dwie eleganckie starsze panie. Od szóstej piętnaście wszystko wolne.   Śniadanie.   Razem   ze   współtowarzyszem   wyceniamy   je   na   jakieś   80-90   groszy.   Ale   za   to   pani Sylwia,    co    nosi    plakietkę    "Sylwia.    Obsługa    cateringowa"    zawsze    schludna,    czysto ubrana i   przemiła.   Rozumiem   teraz,   cóż   znaczyła   obozowa   gramatura   suchego   chleba   i   kawa   zbożowa (jako   wegetarianin   mam   przechlapane,   bo   do   chleba   pasztet   i kawałek   parówki).   Nie,   żebym   był głodny,    bo    nie    mam    większego    apetytu,    ale to naprawdę    ciekawe,    wartościowe    i    pouczające doświadczenie.   W   nocy   ktoś   się   wydziera   niemiłosiernie.   Zastanawiająca   rzecz:   w   dzień   nikt   nie   zakłóca   spokoju, nikogo    nic    nie    trapi;    za    to    w    nocy    pacjenci    z    demencją    jakoś    telepatycznie    się    integrują i   zaczynają   swoje   recitale.   O   czwartej   nad   ranem   piszę   namiętnie   esemesy   z prośbą   o   kupno stoperów do uszu.   I   znów   rano.   Pobudka,   światło,   ciśnienie,   tabletki.   Atrakcja   ranka:   superlaska   pod prysznicem. Wszyscy   podekscytowani.   Nawet   ładna.   Pięknie   rzeźbiona.   Ktoś   zapomniał   zabrać.   Zdania   podzielone,   czy   to   dobry   czy   zły   znak,   jeśli   chodzi   o   efekty   leczenia:   albo   komuś   tak   się   poprawiło z chodzeniem, albo bardzo pogorszyło z pamięcią.   Po    kilku    dniach    przestaję    być    pacjentem-żółtodziobem.    Wiem,    kto    jest    kim    w    oddziałowej hierarchii,   podpatrzyłem   kombinację   kodu   do   otwarcia   drzwi   wejściowych   na   oddział   (jeden-jeden- pięć-dziewięć   i   nie muszę   już   dzwonić   dzwonkiem),   dostałem   od   kolegów   po   fachu   kluczyk   od   ich pomieszczenia    socjalnego    (lodówka,    mikrofala,    trzy    kanapy).    Całkiem    znośnie.    Mimo    braku laptopa,   dostępu   do   stałego   internetu,   nie   znam   pojęcia   nudy.   Na   przyłóżkowym   stoliku   stos książek i zeszyt do notatek.   Pierwsza    w    nocy.    Nowo    przyjęty    staruszek    śmiga    na    golasa    po    korytarzu,    gonią    go    dwie pielęgniarki.   Przedtem   dziadek   puszczał   latawce   ze   stojaka   od   kroplówki.   Pacyfikacja   zastrzykiem i spokój. Dostałem wiadomość, że stopery do uszu będą jutro.   Poza   tabletkami   żółtymi   z   kreską,   żółtymi   bez   kreski   i   tymi   białymi, dziś    doszła    jeszcze    różowa.    Od    jutra    będzie    z    rana.    Dziś    tylko po   południu.   I   ta   różowa   będzie   razem   z   tą   żółtą   bez   kreski,   a   nie   z   białą   jak   dziś.   Różowa   tabletka   jest   bardziej   chropowato   powleczona. Trzeba   wypić   więcej   płynu,   by   ją   połknąć.   To   wszystko,   co   pacjent o różowej tabletce wiedzieć powinien. Szósta   rano   z   minutami.   Rozmowy   pielęgniarek   na   korytarzu:   "I   jak   tam?   U   nas   spokojnie. Mieliśmy   jeden   zgon,   ale   poza   tym   spoko.   To   jednak   kupiłaś   tę   bluzkę?   No,   to   pokaż!   Noooo, bardzo ładna".   Od   kilku   dni   obserwuję   okno   gabinetu   rehabilitacji   w   bocznym   skrzydle   szpitala.   Stwierdzam   po kilku   dniach   to,   co   już   dawno   przeczuwałem:   jesteśmy   najbardziej   zapracowaną   medyczną   grupą zawodową.   Parę   minut   po   północy.   Żwawy   staruszek,   czempion   Wielkiej   Pardubickej   klasy   międzyoddziałowej w   skokach   przez   łóżka   i   mistrz   nocnych   gonitw   z   pielęgniarkami,   wzbudza   sensację   już   jedynie   u nowo   przyjętych   pacjentów.   Ze   stoperami   w   uszach   ogląda   się   jego   wyczyny   jak   nieme   komedie   z Chaplinem. Starsza część pacjentów zazdrości mu kondycji, a młodsza - leków, które mu dają.   Pierwsza   w   nocy.   Zorientowałem   się,   że   piętro   niżej   od   okien   gabinetu   rehabilitacji   znajdują   się okna   izby   porodowej.   Cały   czas   pali   się   tam   światło.   Jakaś   młoda   dziewczyna   w   ciąży,   która   leży od   kilku   godzin,   teraz   nerwowo   wstaje   z   łóżka,   kładzie   się.   I   znów   wstaje.   Machamy   do   siebie rękoma. Zawsze jakiś znak otuchy i solidarności. Pacjenci wszystkich oddziałów łączcie się...   Nad   ranem   decyzja   ordynatora:   ja   i   mój   towarzysz   z   sali   wychodzimy   do   domu.   Jest   piękna,   choć zimna pogoda. Jakkolwiek by nie było na dworze, jest pięknie...
PIERWSZY GŁOS DZIENNIKARSTWA FIZJOTERAPEUTYCZNEGO W POLSCE REKLAMA Strona ma charakter informacyjny i popularyzujący wiedzę z zakresu fizjoterapii. Redakcja Portalu nie bierze odpowiedzialności za skutki praktycznego wykorzystania treści zawartych na stronie. Portal Fizjopedia.pl nie bierze odpowiedzialności za treść reklam, umieszczonych na stronach portalu oraz za treści publikowane przez Czytelników na forach dyskusyjnych.   Wszelkie prawa zastrzeżone. Materiały umieszczone na stronach portalu są własnością intelektualną Fizjopedia.pl.  Kopiowanie i wydruk bez podania źródła traktowane będą jako działania na szkodę portalu Fizjopedia.pl i ścigane wszelkimi, przewidzianymi prawem, środkami.     (c) Fizjopedia.pl, 2008-2017     FIZJOPEDIA.PL PORTAL NIEALEŻNEJ PUBLICYSTYKI FIZJOTERAPEUTYCZNEJ
FIZJOPEDIA.PL PORTAL NIEZALEŻNEJ PUBLICYSTYKI FIZJOTERAPEUTYCZNEJ
Punkty spustowe. Strefa wolnych felietonów
Tomasz Borowski Redaktor Naczelny portalu Fizjopedia.pl
Komentarze
O Portalu
Ostatnie felietony
Wyższa matematyka, czyli historie      z Trójkąta Bermudzkiego
Ostatnie rozmowy
Punkty spustowe. Strefa wolnych felietonów
FIZJOPEDIA.PL PORTAL NIEZALEŻNEJ PUBLICYSTYKI FIZJOTERAPEUTYCZNEJ
Redakcja Portalu nie bierze odpowiedzialności za skutki praktycznego wykorzystania treści zawartych na stronie. Portal Fizjopedia.pl nie bierze odpowiedzialności za treść reklam, umieszczonych na stronach portalu.   Wszelkie prawa zastrzeżone. Materiały umieszczone na stronach portalu są własnością intelektualną Fizjopedia.pl.  Kopiowanie i wydruk bez podania źródła traktowane będą jako działania na szkodę portalu Fizjopedia.pl i ścigane wszelkimi, przewidzianymi prawem, środkami.     (c) Fizjopedia.pl, 2008-2017 FIZJOPEDIA.PL PORTAL NIEALEŻNEJ PUBLICYSTYKI FIZJOTERAPEUTYCZNEJ
PIERWSZY GŁOS DZIENNIKARSTWA FIZJOTERAPEUTYCZNEGO
komentarze
o portalu
Punkty spustowe. Strefa wolnych felietonów
20 października 2010   Fizjoterapeuta w szpitalu, czyli jak się odnaleźć "po drugiej stronie"      Tomasz Borowski Godzina   piąta   trzydzieści   sześć.   Pobudka, mierzenie    ciśnienia,    krzątanina    jakaś    na korytarzu.   Jedna   toaleto-łazienka   na   połowę oddziału     neurologicznego.     Mała     kolejka obojga       płci       z       ręcznikami       i pustymi pojemnikami na mocz. Nie   jest   aż   tak   źle.   Poza   mną   i   towarzyszem z   sali,   zainteresowane   prysznicem   są   tylko dwie   eleganckie   starsze   panie.   Od   szóstej piętnaście wszystko wolne.   Śniadanie.    Razem    ze    współtowarzyszem wyceniamy   je   na   jakieś   80-90   groszy. Ale   za to   pani   Sylwia,   co   nosi   plakietkę   "Sylwia. Obsługa    cateringowa"    zawsze    schludna, czysto ubrana   i   przemiła.   Rozumiem   teraz, cóż   znaczyła   obozowa   gramatura   suchego chleba   i   kawa   zbożowa   (jako   wegetarianin mam   przechlapane,   bo   do   chleba   pasztet i kawałek   parówki).   Nie,   żebym   był   głodny, bo       nie       mam       większego       apetytu, ale to naprawdę     ciekawe,     wartościowe     i pouczające doświadczenie.   W    nocy    ktoś    się    wydziera    niemiłosiernie. Zastanawiająca    rzecz:    w    dzień    nikt    nie zakłóca   spokoju,   nikogo   nic   nie   trapi;   za   to w      nocy      pacjenci      z      demencją      jakoś telepatycznie     się     integrują     i     zaczynają swoje   recitale.   O   czwartej   nad   ranem   piszę namiętnie     esemesy     z prośbą     o     kupno stoperów do uszu.   I    znów    rano.    Pobudka,    światło,    ciśnienie, tabletki.       Atrakcja       ranka:       superlaska pod prysznicem.   Wszyscy   podekscytowani. Nawet     ładna.     Pięknie     rzeźbiona.     Ktoś zapomniał    zabrać.    Zdania    są    podzielone, czy   to   dobry   czy   zły   znak,   jeśli   chodzi   o efekty     leczenia:     albo     komuś     tak     się poprawiło     z     chodzeniem,     albo     bardzo pogorszyło z pamięcią.   Po    kilku    dniach    przestaję    być    pacjentem- żółtodziobem.     Wiem,     kto     jest     kim     w oddziałowej         hierarchii,         podpatrzyłem kombinację      kodu      do      otwarcia      drzwi wejściowych   na   oddział   (jeden-jeden-pięć- dziewięć       i       nie muszę       już       dzwonić dzwonkiem),   dostałem   od   kolegów   po   fachu kluczyk    od    ich    pomieszczenia    socjalnego (lodówka,   mikrofala,   trzy   kanapy).   Całkiem znośnie.   Mimo   braku   laptopa,   dostępu   do stałego    internetu,    nie    znam    pojęcia    nudy. Na    przyłóżkowym    stoliku    stos    książek    i zeszyt do notatek.   Pierwsza   w   nocy.   Nowo   przyjęty   staruszek śmiga    na    golasa    po    korytarzu,    gonią    go dwie       pielęgniarki.       Przedtem       dziadek puszczał   latawce   ze   stojaka   od   kroplówki. Pacyfikacja   zastrzykiem   i   spokój.   Dostałem wiadomość, że stopery do uszu będą jutro.   Poza   tabletkami   żółtymi   z   kreską,   żółtymi bez     kreski     i     tymi     białymi,     dziś     doszła jeszcze    różowa.    Od    jutra    będzie    z    rana. Dziś   tylko   po   południu.   I   ta   różowa   będzie razem   z   tą   żółtą   bez   kreski,   a   nie   z   tą   białą jak    dziś.    Różowa    tabletka    jest    bardziej chropowato     powleczona.     Trzeba     wypić więcej   płynu,   by   ją   połknąć.   To   wszystko,   co pacjent      o      różowej      tabletce      wiedzieć powinien. Szósta      rano      z      minutami.      Rozmowy pielęgniarek   na   korytarzu:   "I   jak   tam?   U   nas spokojnie.   Mieliśmy   jeden   zgon,   ale   poza tym   spoko. To   jednak   kupiłaś   tę   bluzkę?   No, to pokaż! Noooo, bardzo ładna".   Od     kilku     dni     obserwuję     okno     gabinetu rehabilitacji    w    bocznym    skrzydle    szpitala. Stwierdzam    po    kilku    dniach    to,    co    już dawno   przeczuwałem:   jesteśmy   najbardziej zapracowaną medyczną grupą zawodową.   Parę   minut   po   północy.   Żwawy   staruszek, czempion       Wielkiej       Pardubickej       klasy międzyoddziałowej   w   skokach   przez   łóżka   i mistrz    nocnych    gonitw    z    pielęgniarkami, wzbudza     sensację     już     jedynie     u     nowo przyjętych     pacjentów.     Ze     stoperami     w uszach   ogląda   się   jego   wyczyny   jak   nieme komedie     z     Chaplinem.     Starsza     część pacjentów      zazdrości      mu      kondycji,      a młodsza - leków, które mu dają.   Pierwsza    w    nocy.    Zorientowałem    się,    że piętro   niżej   od   okien   gabinetu   rehabilitacji znajdują    się    okna    izby    porodowej.    Cały czas    pali    się    tam    światło.    Jakaś    młoda dziewczyna    w    ciąży,    która    leży    od    kilku godzin,    teraz    nerwowo    wstaje    z    łóżka, kładzie    się.    I    znów    wstaje.    Machamy    do siebie   rękoma.   Zawsze   jakiś   znak   otuchy   i solidarności.   Pacjenci   wszystkich   oddziałów łączcie się...   Nad    ranem    decyzja    ordynatora:    ja    i    mój towarzysz   z   sali   wychodzimy   do   domu.   Jest piękna,   choć   zimna   pogoda.   Jakkolwiek   by nie było na dworze, jest pięknie...
Tomasz Borowski Redaktor Naczelny portalu Fizjopedia.pl